Agata Reczek: Do polskiej kobiety

„Od ciebie zależy uzdrowienie przyszłych pokoleń. Bo jaką panną jesteś teraz, taką potem będziesz żoną i matką, obywatelką i wychowawczynią.”– te słowa kieruje do młodych kobiet o. Marian Pirożyński w książce „Panna Chrześcijanka”. Obarcza on przedstawicielki płci pięknej niezwykle istotnym zobowiązaniem wobec przyszłości rodziny i narodu. Czy polskie kobiety mają świadomość, jak wielka odpowiedzialność ciąży na ich barkach?

Przyglądając się postawie większości kobiet można odnieść wrażenie, że stały się głuche na głos własnego sumienia i zagubione w świecie serwującym im tak wiele możliwości. Zapominając o wadze wszelkich cnót bardzo często sięgają po egoizm, nieświadome tego, jak ich wybór ma ogromny wpływ na środowisko, w jakim się znajdują. Już sama popularność czarnych protestów w Polsce świadczy o wyborze wygody, a forma, jaką obrał ten strajk, o braku szacunku do własnej kobiecości.

Istotnym problemem, z jakim mierzy się współcześnie kobieta jest to, że jej kobiecość jest uznawana we współczesnym świecie za problem. Naturalne predyspozycje kobiety uznawane są za słabość. Wiele „zasług” przy tym osiągnął współczesny ruch feministyczny, który utożsamia walkę o prawa kobiet ze zrównaniem kobiety z mężczyzną pod praktyczne wszystkimi względami. Wynikiem tego jest wszechobecny kryzys kobiecości. Kobiety nie chcą być kobiece, bo wydaje im się, że kobiecość ujmuje im na wartości. Jednym z zadań, jakie stoją przed współczesną kobietą jest przywrócenie godności i dumy, jaka powinna płynąć z kobiecości. Kobiety muszą stworzyć na nowo modę na kobiecość! Modę, która będzie wyrażała siłę płynącą z kobiecości – siłę moralności, godności, piękna i wrażliwości.
„Stać was na to, aby dziś zerwać z głupią i nieskromną modą, z całym zachowaniem, które obraża godność polskiej dziewczyny. Stać was na to, aby wprowadzić nowy obyczaj, nowy styl, nowy sposób zachowania się, godny, skromny. Styl, który będzie strzegł godności waszego ciała i waszego serca, przyszłych rodzin i obyczaju narodowego. Wy pierwsze zacznijcie żyć tym nowym stylem. Stwórzcie go. Wypracujcie. Narzućcie go innym: waszym siostrom, koleżankom, kolegom. A potem zażądajcie waszą własną postawą, aby w tym stylu i inni do was się odnosili. Zachowując się godnie, same będziecie miały prawo oczekiwać takiego zachowania od innych, będziecie miały prawo żądać go dla siebie. To będzie wasz wspaniały Maryjny czyn.” – mówił Kardynał Stefan Wyszyński do polskich kobiet. Te słowa zobowiązują do walki z wszechobecną pornografią i uprzedmiotowieniem kobiet poprzez wulgarną modę i styl życia. Zobowiązują do rewolucyjnej postawy wobec szerzącej się plagi obyczajowego liberalizmu. Walka o kobiecą godność to zadanie dla polskiej kobiety!
Świat potrzebuje kobiecych kobiet, chociażby dla samej swej harmonii, gdyż kolejnym problemem wynikającym z barku akceptacji kobiecości jest zanikanie męskości. Kiedy świat staje się pełen „męskich” kobiet odbija się to również na mężczyznach, którzy to stają się coraz bardziej zniewieścieli i słabi. Współcześnie na ulicach (szczególnie dużych miast) można łatwo zaobserwować zanikanie męskości i kobiecości, chociażby w ubiorze czy sposobie zachowania. Sporo kobiet goni za męskim stylem życia, co skutkuje tym, że mężczyźni zapożyczają wiele cech od kobiet. Tworzy to kuriozalne karykatury, które próbują na siłę stać się kimś, kim nie są, nie umiejąc sprostać wyzwaniom, jakie postawił im Bóg powołując ich do życia w tej, a nie innej skórze.

„Od ciebie zależy uzdrowienie przyszłych pokoleń” – powtórzmy raz jeszcze te dobitne słowa. Czyż nie są to słowa zobowiązujące? O. Marian Pirożyński mówi nam, że to od kobiet zależy przyszłość naszego narodu. Niestety nie wszystkie kobiety chcą słyszeć te słowa, bagatelizując swoją misję poprzez ślepe naśladownictwo mężczyzn.

Misją dziejową kobiety jest wznosić na wyżyny moralne swoją ojczyznę. Stawiać wysoko poprzeczkę tam, gdzie zasady przestają mieć znaczenie. Być nie tylko strażniczką domowego ogniska, ale być strażniczką zasad moralnych dla swojego otoczenia. Być strażniczką odpowiedzialną za swoją rodzinę i naród. Stawiając wymagania tym, którzy ją otaczają poprzez własną postawę.

Kobiety muszą wziąć na poważnie swoją misję wychowywania przyszłych pokoleń, która realizuje się przede wszystkim w macierzyństwie, w przygotowaniu człowieka do życia w społeczeństwie, a także w wyznaczaniu nowym pokoleniom drogi do zbawienia poprzez wychowanie w wartościach wiary katolickiej i dyscyplinie. Dać życie i wychowanie człowiekowi to ogromnie ważne zadanie, niezwykle bagatelizowane w dzisiejszych czasach. To zadanie kluczowe, gdy rodzi się tak mało dzieci, a małżeństwa tak często się rozpadają. Polski naród potrzebuje odpowiedzialnych matek, które dadzą mu wiernych i uczciwych synów oraz mądre i odważne córki. Miłość do ojczyzny nakazuje napełniać ziemię polską i czynić ją sobie poddaną. (…) Jeśli zabraknie obywateli polskich, ziemia nasza też będzie poddana, ale obcym narodom, które wypełnią przyrodzone prawo Boże wobec życia. To prawo przyrodzone jest mocniejsze od praw historycznych. Dlatego jesteśmy świadkami, jak imiona głupich narodów, które zbuntowały się przeciwko obowiązkom rodzenia życia, wymazane są z ziemi; siedziby ich narodów wypełniają narody obce, najeźdźcze w imię prawa do przestrzeni życiowej. – to kolejne słowa Kardynała Wyszyńskiego skierowane do kobiet (pochodzą z książki „Miłość i sprawiedliwość społeczna” z rozdziału skierowanego do matek). Przestrzegają one przed losem krajów zachodnich, które pochłonięte są kryzysem imigracyjnym, gdyż zbuntowały się przeciwko obowiązkowi dawania życia. Wyrazem patriotyzmu kobiet powinna być nie tylko aktywność społeczna, ale również odpowiedzialność za przyszłe pokolenia – rodzenie życia, wychowanie oraz dawanie przykładu.

Stać nas na to, aby na przekór współczesnej modzie kreować nowy styl. Styl kobiety odpowiedzialnej i wiernej ideałom, szanującej swoją godność, dbającej o czystość serca swego i swoich bliźnich. Styl kobiety, która wznosi innych na wyżyny moralne i odważnie bierze jarzmo uzdrowienia przyszłych pokoleń na siebie, bo wie jak ważne jest jej zadanie.

Źródło: https://kierunki.info.pl/

Piotr Puciński: Gwałty w Rimini, Gdyni, Łodzi i wypadek w Anglii. Kilka refleksji

Opinia publiczna, a przynajmniej jej mniej pokorna (czyt. nieulegająca politycznej poprawności) część zdążyła już przywyknąć do stałych aktów agresji, zamachów i gwałtów na Zachodzie. Zwłaszcza, kiedy sprawcami przestępstw są pozaeuropejscy imigranci. Emocje rosną szczególnie wtedy, gdy ofiarami padają nasi rodacy, spędzający wakacje po za granicami kraju lub z konieczności emigrujący za chlebem. Niestety Polską wstrząsnęła kolejna fatalna historia, tym razem z włoskiego Rimini, gdzie polska para napadnięta została przez czwórkę afrykańskich, nielegalnych imigrantów, mężczyzna został pobity, a kobieta brutalnie gwałcona całą noc. Niestety równie tragiczne – choć rozpatrywane na zupełnie inne płaszczyźnie – wieści doszły z Anglii, gdzie pijany polski kierowca spowodował wypadek, w którym zginęło 8 osób. Warto rzucić nieco inne światło i zastanowić się głębiej nad tymi sytuacjami i ich konsekwencjami, aniżeli jedynie puścić w eter po raz kolejny populistyczne i stronnicze hasła.

Gwałt w Rimini oczywiście nierozerwalnie wiąże się z kwestią masowej imigracji obcych kulturowo mas do Europy. Problem ten od samego początku utożsamiamy z nachalną i bezczelną propagandą w mediach, jakoby multikulturalizm stanowić miał jedyną przyszłość dla świata, a przyjmowanie obcych „uciekających” z rodzimych krajów szczyt człowieczeństwa ze strony Europejczyków. Te kwestie omawiane były już wielokrotnie, sam miałem okazję na łamach Kierunków skomentować kilka razy ten temat, stąd skupię się na wspomnianym wcześniej medialnym przekazie. Podobnie uczynię w kontekście drugiego z omawianych wydarzeń, z racji ich zapętlania się. „Polski kierowca zabił…” vs „Ciężarówka wjechała w ludzi…”. Nagłówki – to one nakręcają spiralę, nadają ton i wyrabiają pogląd na dane wydarzenie zdecydowanej większości internautów, ale i odbiorców innych mediów. Przywykliśmy do liberalno-medialnej gry nagłówkami nie wspominającej, ignorującej czy manipulującej faktami, na temat tego kto był rzeczywistym sprawcą zamachów w Niemczech, Hiszpanii czy Belgii. To przecież ciężarówka, samochód rozjechały niewinne osoby… Całkowicie przemilczana jest narodowość, kolor skóry, wyznanie. Gwałciciele z Rimini pozostali anonimowymi personami bez narodowości. Szczytem manipulacji była ilustracja ukazująca wydarzenie, gdzie napastnicy mieli… biały kolor skóry. Czy zawsze pomijany jest aspekt rasowy, narodowy, religijny? Rzecz jasna w przypadku przestępstw Polaków za granicą standardy w redakcjach polskojęzycznych mediów przechodzą całkowitą metamorfozę. Dla jasności nie staję tu w obronie Polaka, który spowodował fatalny w skutkach wypadek na angielskiej M1, a domagam się jedynie jednolitego postępowania w przypadku islamskiego terroryzmu oraz innych przestępstw. Jak wielką rolę odgrywa przekaz medialny w XXI wieku, nie muszę przekonywać. Stanowi to tak naprawdę fundament przemycanych czy wręcz nachalnie wciskanych ideologii i światopoglądów, które poprzez przeprowadzoną wcześniej manipulację na emocjach, dają nam obraz współczesnej liberalnej inżynierii społecznej.

Wszystkie wymienione w tytule tragiczne wydarzenia wiąże także kolejna kwestia, mianowicie karna. Zarówno w zakresie prowadzenia śledztw, jak i samych kar za popełnione przestępstwa. W jednym i drugim przypadku z zagranicy można wyprowadzić wiele zarzutów. Prowadzenie tego typu śledztw powinno odbywać się przy współpracy prokuratury lokalnej – związanej z miejscem wydarzenia oraz mianowanych do tego typu postępowań delegatur z kraju poszkodowanych. Taka współpraca, jej klarowny podział kompetencji, wymiana informacji winny być regulowane jasnym prawem międzynarodowym. Choć polski rząd reagował tym razem dość sprawnie (inna sprawa to skuteczność i możliwości działań podejmowanych we Włoszech przez naszych przedstawicieli), to nie można pozwolić na segregowanie tak tragicznych przypadków na mniej lub bardziej ważne, zależnie od ich medialności. A niestety bywało to niejednokrotnie aż nadto widoczne. Drugim aspektem są kary za tak brutalne przestępstwa. Jako nacjonaliści wiele razy podkreślaliśmy konieczność zmian w kodeksie karnym z zakresu przestępstw przeciwko wolności seksualnej i obyczajności. Kary za zgwałcenie (art. 197 KK – od 2 do 12 lat), pedofilię (art. 200 KK – od 2 do 12 lat) czy zmuszanie do prostytucji (art. 203 KK – od roku do 10 lat) brzmią jak ponury żart. Wbrew atakom środowisk liberalnych i rzekomo feministycznych, nie jest to apel związany jedynie z wydarzeniami w Rimini. Pamiętamy również o niedawnym przypadku gwałtu na Mołdawiance w Polsce, czy tragicznym losie 26-letniej łodzianki, ale i tysiącach kobiet, które padają ofiarami przemocy każdego roku w naszym kraju. W tym przypadku żadnego znaczenia nie ma pochodzenie ofiary, jak i przestępców. Konieczne są zdecydowane działania wymiaru sprawiedliwości, zaczynając od zmian w Kodeksie Karnym, polegających na większych karach za wymienione wyżej (i nie tylko) przestępstwa, łącznie z przywróceniem kary śmierci, za szczególnie bestialskie akty przemocy. Mam tu na myśli choćby przytaczaną sytuację z Łodzi, gdzie po 10 dniach bycia więzioną i gwałconą przez trzech mężczyzn, Kaja trafiając po ucieczce do szpitala zmarła. Podobnie powinno być w przypadku polskiego kierowcy, który odpowiada za śmierć całej angielskiej rodziny, ale i czarnoskórych imigrantów z Rimini.

Z przykrością stwierdzam, że kolejny raz powodem do debaty – na której nota bene zwykle się kończyło – są tragiczne wydarzenia. Ponownie ich nie wyprzedzamy, nie zapobiegamy tragicznym losom naszych bliźnich, a rozważania mają charakter post factum. Nie zmieniają tego polityczne rządy od tzw. prawa do lewa, grające jedynie na ludzkich emocjach, przy akompaniamencie medialnej propagandy. Tworząc nieodłączny duet, nastawione są tylko na własny zysk, wyrażony odpowiednio wzrostach w sondażach i statystykach oglądalności. Ani grama tu troski, realnego wsparcia, zwykłej ludzkiej przyzwoitości, ale i podejmowania naprawdę właściwych kroków prawnych dążących do ukarania sprawców, a poprzez m.in. zaostrzenie kar, rozpoczęcia skuteczniejszej walki z tymi społecznymi patologiami.

Źródło: https://kierunki.info.pl/

Klara Jaskulska: Patriotyzm konsumencki – tak, ale świadomie

Kontrowersyjna reklama napoju energetycznego „Tiger”, brutalnie wyśmiewająca pamięć o Powstaniu Warszawskim, wzbudziła nie tylko słuszny niesmak, ale także obudziła wielu przeciwników i sceptyków tzw. patriotyzmu gospodarczego. W sieci można było znaleźć wiele zjadliwych komentarzy wyśmiewających konsumentów, którzy preferując polskie produkty nad zagraniczne, stanęli przed pozornym dylematem, czy lepiej kupić napój produkowany w Polsce, którego producenci jednak otwarcie drwią z tradycji i historii narodu polskiego czy wyrób zagraniczny. Dylemat ten był jednak – tak jak wspomniałam – pozorny, bowiem patriotyzm gospodarczy w żadnym wypadku nie zakłada bezwzględnego i bezmyślnego wkładania do koszyka produktu tylko dlatego, że są one produkowane w Polsce, a właściciel marki legitymuje się polskim dowodem osobistym.

Patriotyzm gospodarczy dotyczy wszystkich podmiotów działających na rynku, a więc zarówno konsumentów jak i producentów oraz jednostki samorządu terytorialnego czy skarbu państwa i nie oznacza bynajmniej, wbrew obiegowej opinii, kupowania produktów, tylko dlatego, że są polskie. Patriotyzm gospodarczy cechuje się świadomym wyborem towarów, których zakup może przyczynić się do rozwoju społecznego lub gospodarczego wspólnoty lokalnej lub narodowej. W myśl tej definicji, jednym z czynników (a nie jedynym!), które wpłyną na podjęcie decyzji ekonomicznej powinna być chęć wsparcia innych członków wspólnoty, z którą się identyfikujemy. Z perspektywy konsumenta najprostszym sposobem na praktykowanie patriotyzmu gospodarczego jest kupowanie produktów wytwarzanych w Polsce przez firmy z polskim kapitałem. Dzięki temu praktycznie cały zarobiony kapitał pozostaje w Polsce, co napędza polską gospodarkę poprzez wzrost zatrudnienia, podniesienie pensji, inwestycje w rozwój technologii etc. Jeśli firma stanie się na tyle konkurencyjna, że będzie w stanie zdobyć rynki zagraniczne, to jest szansa na transfer kapitału do Polski zza granicy.

Jednak nie we wszystkich przypadkach jest to pożądana postawa. Kupowanie gorszych jakościowo produktów tylko dlatego, że są polskie jest – można rzec – wykrzywieniem patriotyzmu gospodarczego. Oto bowiem konsumenci, stwarzając popyt na słabej jakości dobra, doprowadzają do sytuacji, w której rodzimi producenci produkują towary gorsze jakościowo, tym samym nie będąc w stanie konkurować na rynkach pozakrajowych, a swoim rodakom dostarczają niepełnowartościowe produkty. Bezrefleksyjne kupowanie produktów od takich firm powoduje zmniejszenie u producentów motywacji do optymalizacji procesu produkcji, wdrażania innowacji i szukania efektywnych rozwiązań polepszenia jakości, nie tracąc na konkurencyjności, co suma summarum oddziałuje negatywnie na gospodarkę. W takim przypadku, niejako sztucznie zapewniając popyt na produkty firmy wytwarzającej kiepskiej jakości produkty, hamujemy dostęp do rynku nowym firmom, które wprowadziłyby nową jakość do gałęzi rynku. Oczywiście jeśli są dwa produkty o identycznej lub bardzo zbliżonej jakości (jak np. w Polsce na rynku wód mineralnych) to warto wybrać tę, której produkcja odbywa się w kraju, tym samym wspierając lokalną wspólnotę poprzez zapewnienie producentom i pracownikom dochodu. Jednak jeśli jedynie firma zagraniczna produkuje produkty o specyficznych cechach, niepowtarzalnych w żadnym innym produkcie, to nie warto rezygnować z ich wyrobów na rzecz gorszych substytutów. W przeciwnym przypadku rodzime firmy nigdy nie będą miały motywacji do tworzenia jak najlepszych i najnowocześniejszych produktów.

Patriotyzm konsumencki stoi też w sprzeczności z wspieraniem producentów, którzy źle traktują swoich pracowników, kierując się jedynie chęcią zysku. Wybierając produkty koncernów, które produkują w warunkach niehumanitarnych, bez poszanowania praw pracowniczych, działamy na krzywdę pracowników. W tym przypadku ważne jest już nie tylko to, czy pracownicy to nasi rodacy. Nawet jeśli firma jest oparta na polskim kapitale, ale w celu minimalizacji kosztów przenosi produkcję do krajów tzw. trzeciego świata, gdzie nie zapewnia odpowiednich warunków pracy swoim pracownikom, to warto wybrać jednak tę firmę, która nawet jeśli jest przedsiębiorstwem zagranicznym, prowadzi produkcję zapewniając pracownikom godziwe warunki pracy i odpowiednią do wykonywanej pracy płacę. W tym kontekście warto interesować się, w jakich warunkach są produkowane wyroby naszego codziennego użytku i świadomie podejmować decyzję o wyborze marki.

Podobnie ma się rzecz z podejściem przedsiębiorców do kwestii ekologii i dbania o środowisko. Warto wybierać te firmy, które produkują w zgodzie ze standardami ekologicznymi, nie drenują zasobów naturalnych w celu osiągnięcia maksymalnego zysku. W przeciwnym przypadku działamy na niekorzyść całej wspólnoty, której członkowie muszą ponosić konsekwencje zanieczyszczenia środowiska naturalnego, w którym wszyscy żyjemy.

Jak widać, patriotyzm gospodarczy nie polega na bezrefleksyjnym wybieraniu produktów z napisem na etykiecie „wyprodukowane w Polsce”. Jest szereg innych czynników, które sprawiają, że działania przedsiębiorstw korzystnie wpływają na rozwój wspólnoty narodowej i my – jako konsumenci – możemy się do tego także przyczyniać, dokonując świadomych wyborów podczas codziennych zakupów, w których pomocna nam będzie wiedza na temat metod produkcji, jakie są stosowane do wytwarzania naszej żywności i przedmiotów codziennego użytku. Niejednokrotnie natkniemy się jednak na pewien dylemat – czy lepiej wspierać firmy rodzime, nawet jeśli ich produkty nie są do końca doskonałe, a polityka firmy nie do końca zgodna z naszymi poglądami czy raczej wybierać towary firm zagranicznych, jeśli ich producenci prowadzą produkcję w sposób odpowiedzialny społecznie w perspektywie globalnej? Wydaje się, że nie ma na to jednej odpowiedzi – decyzję trzeba podjąć w każdym przypadku indywidualnie. Jednak akurat w przypadku napoju energetycznego „Tiger” tego dylematu nie ma – na półkach sklepowych znajdziemy wiele innych napojów energetycznych produkowanych w Polsce, których spoty reklamowe nie szargają dobrej pamięci polskich bohaterów narodowych.

Źródło: https://kierunki.info.pl/

Sebastian Kozłowski: Sola Scriptura – błędne koło

W bieżącym roku przypada pięćsetna rocznica tzw. reformacji, w wyniku której powstała w chrześcijaństwie nowa gałąź heretyckich wspólnot wyznaniowych, czyli protestantyzm. W ślady pierwszego herezjarchy protestanckiego, Marcina Lutra, poszło wielu innych. Doktryny każdego z herezjarchów protestanckich znacznie się różnią, lecz mają też pewne zasady wspólne. Mam na myśli tzw. pięć zasad protestantyzmu. Jedną z nich jest zasada „sola scriptura”, która mówi, że tylko Pismo Święte jest źródłem wiary chrześcijańskiej. Na pierwszy rzut oka zasada ta wydaje się być zupełnie oczywista i logiczna. Jest ona rozpowszechniona wśród chrześcijan do tego stopnia, że nawet wykształceni katolicy stają w jej obronie, jeśli ktoś odważy się ją kwestionować. Nie potrafię jednak zrozumieć, czemu zasada „sola scriptura” cieszy się tak wielkim uznaniem wśród chrześcijan. Jest bowiem zupełnie sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem i co gorsza – z samą Biblią, co postaram się w swoim eseju wykazać.

Esej ten podzieliłem dla porządku na dwie części. W pierwszej wymieniam kilka argumentów przeciwko zasadzie „sola scriptura” i krótko je uzasadniam. W drugiej części stawiam tezę, że na gruncie zasady „sola scriptura” nie jest możliwe zebranie ksiąg natchnionych w kanon biblijny i uzasadnienie takiego doboru. Następnie rozprawiam się z argumentami obrońców zasady „sola scriptura”, usiłujących dowieść, że postawiona przeze mnie teza jest błędna.

CZĘŚĆ 1. Argumenty przeciwko zasadzie „sola scriptura”.

ARGUMENT 1.

Jak to możliwe, że Biblia jest jedna, a denominacji protestanckich wyznających zasadę „sola scriptura” dziesiątki tysięcy? Każda z tych denominacji utrzymuje, że zasady swojej wiary buduje tylko na fundamencie Biblii, na samym Piśmie św.

Sama mnogość denominacji protestanckich jest dowodem na to, że protestanci wcale nie budują swoich nauk w oparciu o zasadę „sola scriptura”. Jest bowiem oczywistym, że różnice między tymi denominacjami biorą się nie z różnic w tekście Biblii, lecz z różnic w interpretacji Biblii.

Sami protestanci wnieśli wielki wkład w rozwój nauk biblijnych. Niektórzy z nich liczyli bowiem, że podziały pomiędzy denominacjami protestanckimi zanikną, jeśli uda się ustalić pierwotne, oryginalne brzmienie tekstu biblijnego. Przebadali więc z najwyższą skrupulatnością każdą literę w najstarszych manuskryptach Biblii, lecz podziały, które tak ich gorszą, wcale nie zanikły. Wynika stąd, że to nie tekst Biblii jest przyczyną podziałów między nimi, lecz interpretacja tego tekstu. W rzeczywistości bowiem interpretacja Biblii jest rzeczywistą i naczelną zasadą wiary dla protestantów, a nie zasada „sola scriptura”.

ARGUMENT 2.

Zasada „sola scriptura” jest nie biblijna, podobnie, jak wprost wynikający z niej obowiązek czytania Biblii. W Biblii nie zapisano bowiem ani nakazu budowania doktryny w oparciu o samą tylko Biblię, ani tym bardziej nakazu czytania Biblii pod groźbą wiecznego zatracenia duszy.

Żydzi doliczyli się w Starym Testamencie dokładnie sześciuset trzynastu przykazań: trzystu sześćdziesięciu pięciu zakazów i dwustu czterdziestu ośmiu nakazów. Jednak nie ma pośród tych przykazań takiego, które nakazywałoby czytać Biblię. W Ewangelii św. Marka czytamy natomiast, że Pan Jezus nakazał Apostołom iść i głosić Ewangelię (Mk 16,15), a nie – pisać. Święty Paweł naucza w liście do Tesaloniczan, że powinniśmy trzymać się tego, o czym pouczono nas i żywym słowem, i za pośrednictwem Biblii (2 Tes 2,15). Nakazuje też stronić od tych, którzy postępują wbrew nauczaniu ustnemu Apostołów (2 Tes 3,16).  Co więcej: Biblia naucza wprost, że źródłem wiary jest słuchanie słowa Bożego, a nie czytanie Go. Dokładnie takie słowa napisał św. Paweł w Liście do Rzymian (Rz 10,14-17).

Warto zwrócić uwagę na to, jaki stosunek do nauczania spisanego mieli pierwsi chrześcijanie. Otóż Apostołowie zgromadzeni na tzw. soborze jerozolimskim napisali list do kilku Kościołów. W treści listu podali orzeczenie soborowe i przykazali Kościołom lokalnym orzeczenie to zachowywać. Widocznie uważali, że sam list nie wystarcza, skoro obiecali wysłać kilku zaufanych mężów, aby żywym słowem potwierdzili tym Kościołom autentyczność spisanego orzeczenia (Dz 15,22-35). Widać więc, że żywe słowo cieszyło się u nich większym szacunkiem, niż słowo pisane. I to spostrzeżenie samo w sobie jest kolejnym argumentem przeciwko zasadzie „sola scriptura”.

ARGUMENT 3.

Zasada „sola scriptura” jest ahistoryczna, ponieważ był czas, w którym żyli i umierali wierni Bogu ludzie, a Biblii wówczas nie było.

Bibliści są zgodni co do tego, że najstarsze księgi biblijne zaczęto spisywać około XII w. przed Chrystusem, chociaż spisane w świętych księgach opowiadania są dużo starsze. To znaczy, że był czas, w którym Pisma (scriptura) nie było, a w którym żyli ludzie sprawiedliwi, wyznający Boga Prawdziwego. W ich czasach źródłem i normą wiary była tylko tradycja, czyli opowiadanie ustne przekazywane z pokolenia na pokolenie, ponieważ żadne pisma natchnione jeszcze nie istniały.

Podobnie w pierwszym wieku po Chrystusie nie było jeszcze Ewangelii i Listów św. Pawła, a byli już chrześcijanie. Z około pięciuset chrześcijan, którzy widzieli Zmartwychwstałego Pana Jezusa niektórzy umarli, zanim św. Paweł napisał Pierwszy List do Koryntian (por. 1 Kor 15,6). Nie mogliby się oni zbawić, gdyby obowiązywała ich zasada „sola scriptura”, ponieważ nie przeczytali i tego listu, i następnych, które powinny być, w myśl tej zasady, postawią ich wiary. Również dla nich źródłem i normą wiary była tylko tradycja, czyli ustne nauczanie.

ARGUMENT 4.

W pierwszych czterech wiekach chrześcijaństwa w niektórych miejscach przyjmowano jako natchnione te księgi, które Kościół ostatecznie uznał za apokryfy, a czasami kwestionowano autentyczność tych ksiąg, które Kościół uznał za natchnione.

Najstarsza autorytatywna wypowiedź Kościoła o kanonie ksiąg biblijnych, tzn. o tym, które teksty należy uważać za natchnione, a które nie, pochodzi z końca IV wieku po Chrystusie. Te same księgi uważa za natchnione i wylicza dekret św. Gelazego, papieża, z roku 482. W dekrecie tym papież św. Gelazy wymienia wszystkie siedemdziesiąt dwie księgi biblijne, których autentyczność potwierdził również Sobór Trydencki. A zatem był taki czas, w którym trwały dyskusje na temat, które księgi są natchnione, a które nie. Widać więc, że w tamtych czasach Kościół budował swoją wiarę raczej na fundamencie podania ustnego zwanego tradycją. Oczywiście dawni Ojcowie obficie cytowali w swoich pismach księgi święte i darzyli te księgi pobożnym szacunkiem. Jednak, jak widzimy, tradycję darzyli oni wielkim szacunkiem i traktowali jako źródło wiary.

CZĘŚĆ 2. KANON KSIĄG BIBLIJNYCH

Sam kanon ksiąg biblijnych, tzn. lista ksiąg, które należy uważać za natchnione, jest przedmiotem wiary. A więc: muszę wierzyć, że ta i ta księga jest natchniona, a inna natchniona nie jest. Źródłem tej wiary powinna być, w myśl zasady „sola scriptura”, sama Biblia. Jednak jest to zupełnie niemożliwe.

Problem ustalenia kanonu ksiąg natchnionych wynika stąd, że Biblia nie zawiera ani spisu takich ksiąg, ani przynajmniej rozproszonych informacji o tym, które księgi należy za natchnione uważać, które to informacje można by jakoś zebrać i usystematyzować. Dlatego sama wiedza o tym, która księga jest natchniona, a która nie jest natchniona, pochodzić musi, z konieczności, spoza Biblii. Widzimy więc, że zasada „sola scriptura” jest błędna logicznie, jest klasycznym przykładem błędnego koła.

Jak wspomniałem powyżej, Kościół Katolicki naucza, że Biblia składa się z siedemdziesięciu dwóch ksiąg: czterdzieści sześć ksiąg zawiera Stary Testament, a dwadzieścia siedem – Nowy Testament. W XVI wieku zakwestionowano natchniony charakter niektórych ksiąg Starego i Nowego Testamentu oraz fragmenty dalszych dwóch ksiąg powołując się na opinie niektórych starożytnych Ojców i pisarzy. Teksty te nazwano w tymże XVI stuleciu deuterokanonicznymi. Protestanci poszli za tymi opiniami, jednak nie konsekwentnie. Wydało im się słusznym uznać za apokryfy, czyli teksty nienatchnione, teksty deuterokanoniczne Starego Testamentu, ale teksty deuterokanoniczne Nowego Testamentu protestanci uważają za natchnione.

Zwolennicy zasady „sola scriptura”, stają wobec wielkiego wyzwania, gdy zapytać ich, skąd wiedzą, które księgi są natchnione, a które nie. Przytaczają rozmaite argumenty na to, jak się przekonać o autentyczności ksiąg natchnionych. Jednak wszystkie te argumenty w świetle zasady „sola scriptura” są nietrafne, bo nie są zaczerpnięte z Biblii. Wszystkie one pochodzą albo z tradycji, albo są zmyślone przez zwolenników zasady „sola scriptura”. Poniżej przytoczę kilka takich argumentów i omówię je.

ARGUMENT 1.

Księgi natchnione cytują się nawzajem. To prawda, jednak w Biblii znajdziemy mnóstwo cytatów z tekstów, które nie są natchnione. Na przykład w Liście św. Judy znajduje się cytat z Księgi Henocha, którą również protestanci uważają za apokryficzną (Jud 14-15 cytuje Henocha 1,9).

Gdyby ten argument wystarczał to stwierdzenia natchnionego charakteru jakiegoś tekstu, to za natchniony należałoby uznać również tekst greckiego poety Meandrosa (żył w latach 342-291 przed Chr.), z którego cytat mamy w 1Kor 15,33. Również pewien starochrześcijański hymn powinien być uznany za natchniony. Cytat z tego zaginionego hymnu mamy w Ef 5,14. Podobnie św. Paweł cytuje jakiś dawny hymn w 1Tm 3,16.

Co więcej: w Biblii znajdujemy wzmianki o księgach, które albo zaginęły, albo zostały być może włączone do innych tekstów biblijnych (są też możliwe inne ewentualności). Jeśli księgi natchnione nawzajem się cytują, to obrońcy omawianej zasady i tamte powinni czytać, czego, jak wiadomo, uczynić nie mogą. Oto kilka przykładów takich zaginionych ksiąg:

  1. list do Koryntian napisany wcześniej, niż znany nam Pierwszy list (1 Kor 5,9);
  2. list pisany do Koryntian „we łzach” (2Kor 2,3-4);
  3. cytat z Księgi Wojen Pańskich (Lb 21,14-15);
  4. cytat z Księgi Sprawiedliwego (Joz 10,13);
  5. Księga Królów Izraelskich i Judzkich (2 Kr 35,27).

Podsumowując: argument ten nie pochodzi z Biblii. Nigdzie w Biblii nie jest napisane, że mamy uważać za natchnione takie księgi, które cytowane są przez inną księgę biblijną.

ARGUMENT 2.

Księgi natchnione zawierają proroctwa, które się spełniły. Księga Mądrości, którą protestanci uważają za apokryf, zawiera w rozdziale 2. w wierszach 10-20 spełnione proroctwo o Chrystusie Panu. Argument ten jest więc również nietrafny.

Co więcej w Ewangeliach mamy proroctwo samego Chrystusa Pana o końcu świata (np. Mt 24,4-35). Podobne proroctwa zapisane są w księdze Apokalipsy. Oczywiście proroctwa te nie spełniły się, (bo – jak wierzymy – czas ich spełnienia dopiero nadejdzie), ale z tego powodu żaden protestant nie przeczy natchnionemu charakterowi żadnej z czterech Ewangelii.

Ten argument jest biblijny tylko pozornie. Co prawda w Biblii znajdujemy potępienia fałszywych proroków i pouczenie, że fałszywym prorokiem jest ten, którego proroctwa się nie spełniają. Jednak nigdzie w Biblii nie jest napisane, że mamy uważać za natchnione te księgi, które zawierają spełnione proroctwa.

ARGUMENT 3.

Apokryfy można poznać po tym, że zaginął ich tekst w języku oryginalnym, a znany jest nam tylko przekład.

Bibliści są zdania, że Ewangelia św. Mateusza została napisana w języku aramejskim i dopiero później przetłumaczona na grekę. Ten pierwotny tekst aramejski zaginął jednak bardzo dawno temu.

Również ten argument pochodzi spoza Biblii, jest on zwykłym wymysłem protestantów rozpaczliwie broniących swojej zasady „sola scriptura”.

ARGUMENT 4.

Kanon sześćdziesięciu sześciu ksiąg biblijnych (protestancki) jest najbardziej rozpowszechniony na świecie.

Argumentacja do powszechnego przyjęcia kanonu pochodzi z tradycji, czyli argument ten jest par excellence pozabiblijny. To właśnie tego argumentu użyli teologowie katoliccy, gdy pierwszy raz orzekali o kanonie ksiąg biblijnych. Jednak oni mieli do tego prawo, ponieważ byli katolikami. Protestanci zaś do tego rodzaju argumentów nie mają prawa, ponieważ oni wyznają zasadę „sola scriptura”. W Biblii nie jest napisane, aby za natchnione uważać te księgi, których natchniony charakter jest przyjmowany powszechnie na całym świecie.

Ogólny i skromny wykaz argumentów przeciwko zasadzie „sola scriptura” pozwala prawidłowo sformułować wniosek, że zasada ta jest sprzeczna z Biblią i ze zdrowym rozsądkiem. Wypada postawić pytanie, czy Marcin Luter, który jako pierwszy sformułował tę zasadę w czasach nowożytnych, był głupcem? Myślę, że kto by tak myślał, ten ubliżałby temu herezjarsze. Marcin Luter był moim zdaniem człowiekiem niezwykle inteligentnym. To raczej pycha, której przejawy znajdujemy w każdym jego piśmie, kazała mu sformułować tę sprzeczną ze zdrowym rozsądkiem zasadę.

Forma eseju nie pozwala na dokładniejsze przeprowadzenie rozważań dotyczących zasady „sola scriptura”. Musiałem też ograniczyć się do pewnych uogólnień, nie zawsze precyzyjnych, ponieważ sama zasada „sola scriptura” jest różnie interpretowana w niektórych denominacjach protestanckich. Na przykład niektóre z nich posunęły się do pisania nowych ksiąg i podawania ich za biblijne. Zrezygnowałem też z podawania w tekście eseju referencji do literatury tematu, ponieważ chciałem nadać mu raczej formę popularną, niż naukową. Jednak poniżej podaję kilka lektur, z którymi warto się zapoznać.

  1. Podręczna encyklopedia biblijna – praca zbior. pod red. ks. E. Dąbrowskiego, Księgarnia Św. Wojciecha 1959
  2. W obronie wiary – Włodzimierz Bednarski – pozycja dostępna w Internecie oraz w wersji książkowej
  3. Biblia poznańska – różne wydania, Księgarnia św. Wojciecha
  4. Sola scriptura. Fundament herezji protestanckiej – Alfons Magniez, artykuł w „Zawsze Wierni” nr 5 rok 2007 s. 5-25.

Źródło: https://kierunki.info.pl/

Agata Reczek: Kochaj […] siebie samego

„Kochaj bliźniego swego jak siebie samego” to przykazanie dane nam przez samego Jezusa zwane przykazaniem miłości. Daje ono świadectwo temu jak bardzo ważna jest miłość bliźniego, pomoc, przebaczenie oraz poświęcenie. W Piśmie Świętym czytamy, że po miłości do Boga, jest to najważniejsze z przykazań, jakie mamy wypełniać. Jednak przykazanie to nie będzie miało sensu, jeśli nie będziemy umieć kochać samych siebie.

O jaką miłość tu chodzi? Rzecz jasna Bóg nie oczekuje od nas egoistycznej miłości własnej, która wbrew pozorom nie jest żadną miłością, ponieważ jest zrodzona z pychy i często z niedostatecznego poczucia własnej wartości. U podstaw tego przykazania leży miłość do siebie samego, ze względu na to, iż nasze życie pochodzi od Boga. Aby umieć miłować Boga i miłować bliźniego, aby umieć szczerze się poświęcać i dawać siebie bliźnim, należy najpierw zrozumieć jakim ogromnym cudem jest nasze własne życie oraz docenić wszystko to, co w nas dobre i piękne.

To, co jest w nas dobre i piękne, cała gama zalet, które każdy z nas posiada, wszelkie zdolności i talenty, mądrość czy też cechy zewnętrzne – wszystko to pochodzi od Boga. Musimy zrozumieć, że wszystkie dobrodziejstwa, jakie spotkały nas w życiu są darem właśnie od Niego. Nie możemy przypisywać sobie zasług za te dary. Jeśli są one dla nas powodem do wynoszenia się nad innymi, jesteśmy niewdzięcznikami. Obowiązkiem każdego człowieka jest dziękować Bogu za to, co w nim dobre, gdyż to On go takim stworzył bądź obdarował odpowiednimi warunkami do rozwoju pozytywnych cech.

Tempo współczesnego życia oraz ciągle narastająca presja społeczna sprawiają, że człowiek jest stale z siebie niezadowolony. Presja społeczna wciąż stawia coraz wyższe poprzeczki – musisz to mieć, musisz to umieć, musisz tam być, musisz to zrobić. Człowiek więc stara się sprostać tym wymaganiom – uczy się, kupuje niepotrzebne rzeczy, stara się jak najlepiej wyglądać, bo tak pokazują kolorowe pisma czy media społecznościowe. Pracuje ponad swoje siły, by być najlepszym, by móc mieć. Coraz to wyższe wymogi doprowadzają do frustracji, tych, którzy nie potrafią im sprostać. Coraz większa presja powoduje, że nie umiejący jej sprostać ludzie chorują na depresje czy nerwice. Skala tych chorób w obecnych czasach jest niewyobrażalnie duża. Choroby te ściśle powiązane są z brakiem samoakceptacji i ciągłym poczuciem niezadowolenia z siebie samego. Współczesny człowiek nie potrafi kochać siebie, jest zbyt zajęty tym, by dorównać innym.

Wszechobecny zanik miłości bliźniego i miłości do Boga jest spowodowany wieloma czynnikami, jednym z nich jest to, że człowiek nie umie kochać siebie zdrowo rozumianą miłością. Jeśli nie umie kochać siebie, czyli dostrzec w sobie Boga, nie widzi Go w tych, którzy go otaczają. Nie umie kochać bliźniego swego, jak siebie samego, bo wgłębi duszy nienawidzi siebie. Nie widzi Boga, bo jest zajęty spełnianiem chorych, egoistycznych ambicji.

Obowiązkiem każdego człowieka jest pielęgnować to co od Boga dostaliśmy – dbać o swoje zdrowie, rozwijać talenty i dzielić się nimi z innymi oraz dbać o stan swojej duszy. Przykazania regulują nie tylko nasze podejście do Boga i bliźniego, ale też do samych siebie. Palenie papierosów, upijanie się, zażywanie narkotyków czy też oglądanie pornografii to przykłady grzechów, poprzez które człowiek krzywdzi samego siebie. Odbierają one należną godność ludzkiemu ciału, które powinno być świątynią. Trzeba mieć również świadomość, że grzech każdego rodzaju niszczy więź człowieka z Bogiem i nawet jeśli człowiek uzyskuje dzięki niemu pozorne „korzyści” to jednak niczym nie przewyższą one utraconej łaski uświęcającej.

Kto miłuje bliźniego, wypełnił Prawo. Albowiem przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie pożądaj, i wszystkie inne — streszczają się w tym nakazie: Miłuj bliźniego swego jak siebie samego! Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa – Mówił św. Paweł apostoł w Liście do Rzymian.

Nie możemy również zapominać, że uczynki miłosierdzia wobec bliźniego i zdrowe poczucie własnej wartości to nie wszystko, co musimy zrobić dla zbawienia duszy. Przykazanie miłości nakazuje nam najpierw kochać całym sercem Boga i spełniać swoje powinności wobec Niego i Kościoła.

Źródło: https://medianarodowe.com

Leon Skrodzki: Biskup Stanisław Kostka Łukomski. Majestat niezłamany przeciwnościami

W historii polskiego duchowieństwa zapisało się wielu niezłomnych duchownych, którzy oprócz troski o dusze wiernych dali przykład wielkiej miłości do ojczyzny. Do takich niewątpliwie można zaliczyć bpa Stanisława Kostkę Łukomskiego – nieustępliwego obrońcę wiary i narodu przed zagrożeniami wewnętrznymi i zewnętrznymi.

Urodził się 21 października 1874 roku w Borku w powiecie wyrzyskim w Wielkopolsce jako syn leśniczego Józefa Łukomskiego i Teofili z domu Baworowskiej. Jak sam pisał: z rodzeństwa byłem ósmy z rzędu i prawie od urodzenia przeznaczony na księdza. Dzieciństwo Stanisław spędził we wsi Boruszyn, w majątku dziadków Merdaszewskich (matka Teofilia była przez nich w dzieciństwie adoptowana). Tutaj zapoznał się z życiem i troskami prostych ludzi, co pomogło mu w późniejszej pracy kapłańskiej. W 1882 rodzina Łukomskich przeprowadza się do Krotoszyna, by dzieci mogły dostać odpowiednie wykształcenie. Mieszkając pod pruskim zaborem młody Stanisław musi opierać się germanizacji. W gimnazjum przynależy do Koła Marianów im. Tomasza Zana – tajnego, młodzieżowego stowarzyszenia patriotycznego. Jest zdolnym uczniem, egzamin maturalny zdaje z jednym z najlepszych wyników w klasie.

W kwietniu 1894 r. wstępuje do Seminarium Duchownego w Poznaniu, a po ukończeniu tam studiów teologicznych w 1897, odbywa w Gnieźnie praktykę duszpasterską. Tutaj na młodego diakona zwraca uwagę abp Florian Stablewski. Prymas dostrzega zaradność, pobożność i sumienność Stanisława. Z jego rąk 28 lutego 1898 r. w Gnieźnie diakon Stanisław Łukomski otrzymuje święcenia kapłańskie. Na trzy miesiące obejmuje wikariat w Kościelcu, skąd abp Stablewski powołuje go na swojego kapelana. Wraz z prymasem ks. Łukomski odbywa wiele podróży, w których obserwuje walkę arcybiskupa o sprawę polską. W wyniku choroby prymasa Stablewskiego ks. Stanisławowi powierzano coraz więcej zadań i coraz częściej reprezentował arcybiskupa w misjach dyplomatycznych. Okazał się sprawnym negocjatorem w pertraktacjach z urzędnikami pruskimi. Był orędownikiem sprawy narodowej, endekiem z przekonania. Należał do Collegium Sekretum – narodowego stowarzyszenia księży przy Lidze Narodowej.

Ks. Łukomski towarzyszy wiernie abp Stablewskiemu do samej śmierci, po czym obejmuje probostwo w Koźminie. Czynnie włącza się w życie społeczne parafii. Wspomaga koźmińskie dzieci w walce o polską mowę, współpracuje z tutejszym Towarzystwem Gimnastycznym „Sokół”. Wśród jego wielu inicjatyw warto wymienić założenie w 1908 r. Kasy Pożyczkowej i spółdzielni „Rolnik” czy otwarcie w 1910 r. Domu Katolickiego, w którym później założył Muzeum Ziemi Koźmińskiej. Działa na rzecz propagowania czytelnictwa i kultury polskiej. W 1914 r. wydaje książkę „Koźmin Wielki i Nowy” będący wynikiem jego badań historycznych.

W marcu 1915 r. ks. Łukomski jest poważnym kandydatem do objęcia metropolii gnieźnieńskiej i poznańskiej. Ostatecznie Prymasem Polski zostaje ks. kan. Edmund Dalbor i to on powołuje ks. Łukomskiego na stanowisko kanonika metropolitalnego. 1 lipca 1916 r. przyszły biskup obejmuje probostwo kościoła archikatedralnego w Poznaniu. Włącza się w pracę duszpasterską wśród organizacji młodzieżowych i harcerstwa. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości organizuje polskie szkolnictwo w Wielkopolsce. Był jednym z głównych twórców Uniwersytetu Poznańskiego za co 16 czerwca 1926 r. został nagrodzony tytułem doktora honoris causa filozofii. Był także pomysłodawcą i głównym nadzorcą budowy Kopca Wolności i Parku Narodowego na Malcie pod Poznaniem jak również nowoczesnego Archiwum Archidiecezjalnego. W międzyczasie, 8 marca 1920 r., mianowany zostaje biskupem pomocniczym archidiecezji poznańskiej. Przejmuje na siebie coraz więcej obowiązków administracyjnych podupadającego na zdrowiu kard. Dalbora. 13 lutego 1926 r. prymas umiera, a bp Łukomski wydaje się być jego naturalnym następcą. Sprawy potoczyły się jednak inaczej i bp Łukomski zostaje 24 czerwca 1926 r. ordynariuszem diecezji łomżyńskiej. Głównym powodem takiej decyzji Stolicy Apostolskiej było ostre potępienie przez bp Łukomskiego przewrotu majowego – jego nominacja na prymasa mogła zaognić konflikt z władzami Polski.

Diecezja łomżyńska otrzymała pracowitego, troskliwego a jednocześnie wymagającego pasterza. Zdecydowany, w kontaktach z podwładnymi nieznoszący sprzeciwu. Twardy, bezkompromisowy wojownik o czystość dusz i moralność obyczajów. Od początku wykazuje duże zainteresowanie życiu diecezji, szczególnie młodzieży. Włącza się w organizację Akcji Katolickiej, Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej i towarzystw dobroczynnych. Daje wiernym konkretne wskazania, jak mają układać stosunki społeczne. W swoich nauczaniach, listach pasterskich często korzysta z encyklik Rerum novarum i Quadragesimo anno. Jest zagorzałym przeciwnikiem socjalizmu, zakazuje w wyborach głosowania na listy socjalistów, ludziom popierających ich odmawia udzielania sakramentów. Ruch narodowy, silnie rozwinięty w tamtych czasach na tych terenach, ma w bpie Łukomskim silne oparcie. W Drozdowie obok Łomży spędził ostatnie miesiące życia Roman Dmowski, z którym bp Łukomski znał się i przyjaźnił z czasów Ligi Narodowej. W jego charakterystyce napisanej przez starostę łomżyńskiego w 1948 r. jest nawet mowa o popieraniu łomżyńskich bojówek O.N.R. które patrolowały i rozbijały sklepy żydowskieOprócz wypełniania lokalnych obowiązków działa na forum episkopatu m.in. wykazuje duże zdolności prawnicze w sporach o własność kościelną z władzami.

Przewidując wybuch wojny bp Łukomski wydaje duchownym zarządzenia na wypadek zaboru, dzięki czemu w jego trakcie diecezja działa poprawnie. Wlewa też pokrzepienie w serca wiernych i zagrzewa do obrony ojczyzny. W trakcie niemieckiej okupacji często wstawia się za prześladowanymi Żydami, twardo domaga się wolności dla aresztowanych księży odmawiając jednocześnie jakiejkolwiek współpracy. W okresie zmiany zaborcy na sowieckiego ratuje łomżyńską katedrę przed wysadzeniem, w czym widzi cud dokonany przez Matkę Bożą. W trakcie wojny jak i po niej wspiera organizacje niepodległościowe. Należy do Armii Krajowej (ps. „Rybak”), wizytuje oddziały NZW legendarnego kpt. Bolesława „Grota” Kozłowskiego. Informatorzy bezpieki twierdzili, że bp. Łukomski wspiera podziemie finansowo (m. in. darowizna dla oddziałów NSZ). Do władzy komunistycznej ustosunkowany wrogo, ci pisali o nim: duchowieństwo katolickie, dopóki Łukomski będzie kierował diecezją nie zmieni swoich przekonań i postępowania, co udałoby zrobić w większości, gdyby on został zmieniony i wyjechał z Łomży.

Po śmierci kard. Hlonda po raz kolejny bp Łukomski staje się głównym kandydatem na tron prymasowski. Wracając z pogrzebu kardynała jego samochód ulega wypadkowi w wyniku awarii układu kierowniczego na trasie Ostrów Mazowiecka – Łomża. Bp Stanisław Kostka Łukomski umiera w wyniku powikłań 28 października 1948 r. Okoliczności do dziś pozostają niejasne, bp. Łukomski nie spodziewał się śmierci. Kościół Katolicki w Polsce otrzymał w krótkim czasie dwa poważne ciosy. Bp Łukomski osierocił diecezję łomżyńską po 28 latach posługi w trudnych czasach.

Opracowano na podstawie:

  1. dr Tadeusz Białous, Biskup Stanisław Kostka Łukomski (1874–1948). Pasterz niezłomny, Towarzystwo Miłośników Rajgrodu, 2010

Źródło: https://kierunki.info.pl/

Agata Reczek: Postęp a idea narodowo-radykalna

Narodowy radykalizm z definicji jest nurtem łączącym w sobie tradycję ze współczesnością.  Jest to idea, która ma za zadanie połączyć ponadczasowe wartości chrześcijańskie, tradycję narodową i miłość do ojczyzny z rozwojem społeczno-gospodarczym państwa oraz wielowymiarowym rozwojem jednostki współtworzącej naród. Integralnym elementem narodowego radykalizmu jest harmonia tradycji i swego rodzaju postępu.

Aby rozważyć rolę postępu w idei narodowo-radykalnej, należy jasno sprecyzować jak rozumiemy to pojęcie. Sam termin „postęp” współcześnie kojarzy się z liberalną lewicą. Czy słusznie? Pojęcie to wywodzi się z oświeceniowej teorii postępu, której twórcą byli Nicolas de Condorcet oraz Anne Robert Jacques Turgot. Teoria postępu bazuje na racjonalistycznej potędze rozumu ludzkiego. Główną istotą tej teorii jest stwierdzenie, iż dzieje ludzkości od swoich początków stale rozwijają się w pozytywnym kierunku, czyli ewoluują od najbardziej prymitywnych form do coraz doskonalszych. Według teorii postępu zjawiska historyczne należy ustawić jednakowo w kolejności chronologicznej i ocenie jakościowej. Na tej teorii  bazował Karol Marks, Fryderyk Engels oraz Herbert Spencer. U różnych teoretyków ocena następujących po sobie zjawisk dotyczyła różnych dziedzin, rozróżniali postęp ekonomiczny, technologiczny czy umysłowy.

Współcześnie teoria postępu jest wciąż żywa i wielokrotnie widnieje na ustach wszelkiej maści liberałów, którzy w ocenie historycznej bezmyślnie twierdzą, iż XXI wiek osiąga szczyt rozwoju. Współcześnie postęp mierzy się przede wszystkim miernikami ekonomicznymi, co daje „rozwiniętym” państwom ułudę rozwoju i dobrobytu.

Warto przeanalizować owy postęp na różnych płaszczyznach – ekonomicznej, technologicznej, społecznej, kulturalnej i duchowej. Ponieważ nacjonalizm uwzględnia prymat ducha nad materią, zacznijmy analizę od rozwoju duchowego człowieka XXI wieku. Pierwszy błąd teorii postępu nasuwa się szybko. Postępowcy sądzą, że laicyzacja społeczeństwa ma coś wspólnego z jego rozwojem. Od czasów rewolucji francuskiej obserwujemy w świecie dawnej cywilizacji łacińskiej upadek moralności, którego prawdziwą kwintesencję widzimy dziś. Wypchnięcie Boga z życia społecznego doprowadziło do szczytu deprawacji. W świecie, gdzie legalna aborcja, małżeństwa homoseksualne, edukacja  seksualna dzieci, rozwiązłość, wulgaryzacja, narkomania i pijaństwo stają się chlebem powszednim i wyrazem „normalności”, nie można mówić o żadnym postępie. Obyczaje współczesnego człowieka są o stokroć bardziej prymitywne niż obyczaje człowieka pierwotnego chociażby dlatego, że dzisiejszy człowiek cofa się zamiast się rozwijać. W XXI wieku w Europie rozwój duchowy jest zjawiskiem marginalnym i często realizowany jest w płytki sposób. Podejście do religijności często opiera się na błędnie rozumianym podejściu do ekumenizmu, jakoby wszystkie religie były prawdziwe. Warto przyjrzeć się historycznym przemianom dotyczącym religijności w Europie. Możemy wyliczać zjawiska, które doprowadziły do totalnej laicyzacji europejskich narodów i powolnego wykluczania katolicyzmu ze sfery społecznej od rewolucji francuskiej, przez reformację, falę liberalizmu rodzącą falę socjalizmu czy demokrację liberalną. Żaden katolik, ani też nacjonalista nie może pozytywnie oceniać tych zjawisk. Przyglądając się historii katolickiej religii możemy dostrzec jedynie, jak społeczeństwa przechodzą duchowy regres.

Podobnie jest w dziedzinie kultury, która jeszcze w czasach renesansu i późniejszych epok znała pojęcie piękna i dążyła do dobra i prawdy, dziś jest zdemoralizowana i płytka. Upadek moralny ludzkości świetnie ujmuje współczesna sztuka – muzyka, malarstwo, architektura są tego świetnym wyrazem. Wystarczy porównać sobie dzieła współczesnych malarzy z twórcami poprzednich epok, czy też spojrzeć na współczesną architekturę, która emanuje chłodem i banałem. Niegdyś sztuka służyła do tego, by wznosić ludzkie dusze na wyżyny, dziś sprowadza je na niziny doczesności i ziemskich przyjemności.

Cofanie się dostrzec łatwo w dziedzinie społecznej, gdzie panuje atomizacja i egoizm, a zainteresowanie ludzi sytuacją społeczną w regionie staje się coraz mniej popularnym zjawiskiem. Ludzie tworzą coraz mniej grup społecznych, a więzi sąsiedzkie prawie zanikają. Widać to szczególnie w dużych miastach.

Rozwój ekonomiczny? Wskaźniki PKB rosną i w wielu państwach sytuacja materialna przeciętnego człowieka nie wygląda tragicznie. Natomiast w dobie kapitalizmu wzrastają również nierówności społeczne, wyzysk i brak poszanowania ludzkiej godności. Współczesny świat ekonomii pogrążony jest również w bagnie materializmu i konsumpcjonizmu, które to nie rozwijają w człowieku żadnych cnót. Zbytnie zapatrzenie w zysk powoduje ogromny regres duchowy i społeczny.

Istotny postęp widoczny jest w dziedzinie technologii i w dużej mierze służy on człowiekowi pozytywnie. Niestety nie zawsze technologia ma dla człowieka pozytywne skutki. Chociażby technologia żywienia, która niszczy naturalne bogactwa ziemi na rzecz przekonserwowanych, niezdrowych produktów. Innym przykładem jest niewłaściwe korzystanie z Internetu – uzależnienia od gier komputerowych, pornografia czy umiejętność nawiązywania jedynie wirtualnych kontaktów z innymi ludźmi. Rozwój różnych dziedzin technicznych sprawia, że coraz więcej rzeczy człowiek może zrobić za pomocą urządzeń elektronicznych, które mogą wyręczać go w jego pracy, z tego powodu pracodawcy mogą rezygnować z zatrudniania części dotychczas niezbędnych pracowników. Bezrobocie technologiczne bez wątpienia nie jest pozytywnym zjawiskiem i jest pozornym przejawem postępu, gdyż doprowadza do sytuacji gdzie technologia przestaje służyć ludzkości, a służy jedynie jakiejś jej części.

Nie możemy mówić o słuszności teorii postępu, jeśli rozwój występuje jedynie na kilku płaszczyznach, szczególnie na płaszczyźnie materialnej. Człowiek nie jest jedynie materią i nie może zabiegać jedynie o dobra doczesne. Nie ma rozwoju, jeśli ludzkość cofa się na płaszczyźnie moralnej i kulturowej. Nie można postępem również nazywać odrzucenia tradycji. Odrzucenie jej jest jak próba budowania na piasku, wyrzeczenie się własnego fundamentu i dziedzictwa przodków.

Zdecydowane stanowisko wobec tak rozumianego postępu powinno występować ze strony ruchów narodowo-radykalnych w całej Europie. Niestety wiele środowisk nacjonalistycznych, również tych powołujących się na religię katolicką, nie rozumie, czym powinna być postępowość w nacjonalizmie i naiwnie łyka liberalne frazesy. Chęć bycia oryginalnym za wszelką cenę często w miejsce syntezy rozwoju i tradycji tworzy kolejne liberalne twory skażone niezrozumieniem postępu i wolności. Postęp nie może być kompromisem ze zgnilizną tego świata. Narodowy radykalizm nie uznaje kompromisów.

Należy zdecydowanie opowiedzieć się po stronie rozwoju na wszystkich płaszczyznach, w szczególności zapomnianej dziś płaszczyźnie moralnej, religijnej i obyczajowej. Aktualność nacjonalizmu nie polega na pływaniu z nurtem współczesnej degrengolady, przejawia się ona w bezkompromisowej, niezłomnej postawie podczas gdy inni łamią się pod naporem przyjemności tego świata. Ponadczasowość polskiego nacjonalizmu charakteryzuje również ścisła synteza z uniwersalizmem katolickim. Katolicyzm jest lekiem na zepsute obyczaje człowieczeństwa, niesprawiedliwość społeczną, demoralizację kultury i atomizację społeczeństwa. Tylko w Jezusie Chrystusie możemy dokonać prawdziwej, wielowymiarowej  odnowy naszego narodu. My narodowi radykałowie mamy za zadanie znaleźć harmonię tego co było wczoraj z tym co ma być jutro, nie zapominając przy tym, że nasza praca ma być  służbą wobec Boga i narodu.

Źródło: https://kierunki.info.pl

Adam Busse: Separatyzm rasowy – odpowiedź na multikulti w XXI wieku

To, że rodzaj ludzki składa się z mozaiki ras i kultur jest istotą wspólnego instynktu. I choć jest to niewiarygodne, to są tacy, którzy chcieliby zniszczyć to bogactwo ras ludzkich dlatego tylko, aby zastąpić je pozbawionym korzeni i tożsamości konformizmem, gdzie pojęcia rasy, narodu i kultury będą bez znaczenia. Innymi słowy, taka wielorasowość próbuje zniszczyć żywy grunt, w którym zakorzenione są wszystkie narody i gdzie zawarty jest ich byt i tożsamość. Trzecia Pozycja stwierdza, że zdecydowanie odrzuca wszelkie zamiary wprowadzenia tego nieludzkiego konformizmu. Odrzuca również wszelkie próby rasowego i kulturowego ludobójstwa niezależnie od tego, czy jest popełniane za pomocą rewolweru, czy odbiornika telewizyjnego. Trzecia Pozycja stwierdza, że prawdziwa miłość własnej rasy musi być zrównoważona przez szacunek dla tych, którzy choć różnią się od nas, to jednak w miłości do swej rasy są tacy sami.

Trzecia Pozycja popiera koncepcję rasowego separatyzmu, dzięki któremu różniące się grupy rasowe współpracują ze sobą dla wzajemnego dobra, szanując się wzajemnie. Osiedlanie ras w krajach ich pochodzenia jest pierwszym krokiem do pokojowego świata.

– z deklaracji Trzeciej Pozycji

Azja dla Azjatów, Afryka dla Afrykanów, Europa dla Europejczyków – Marcus Garvey

***

Utopijna ideologia multikulturalizmu, mająca teoretycznie na celu prowadzenie wzajemnej wymiany kulturowej oraz poszerzanie ludzkich umysłów na inne dorobki kulturalne, rasowe i cywilizacyjne świata na przestrzeni jego dziejów, doprowadziła do następującego stanu rzeczy. Rosnąca dysproporcja między dzietnością białych Europejczyków (na co wpływają liczby dokonanych aborcji, eutanazji, śmierci z przepicia/przećpania etc.), a dzietnością przybyszy z Trzeciego Świata, silna atomizacja społeczna, nieustające konflikty etniczne między rdzenną ludnością a kolorowymi imigrantami, wzrastające statystyki przestępczości (napadów, rabunków, gwałtów i mordów) dzięki „działalności” tych rzekomo biednych uchodźców, cenzura prewencyjna w mediach głównego nurtu i ośrodkach władzy, kneblująca usta mówiącym prawdę o tych zjawiskach w imię „walki z rasizmem i mową nienawiści” oraz uciszająca obywateli za pomocą medialnej nagonki, pałek policyjnych i więziennych cel. Promowanie multikulturalizmu poprzez medialną i oddolną indoktrynację obywateli przez organizacje pozarządowe, m.in. Refugees Welcome, Amnesty International i partie totalnej opozycji, tj. aktyw .Nowoczesnej, Platformy Obywatelskiej i Razem. Przeciwko tym dwóm frontom multikulturowej, a przez to niebezpiecznej dla przyszłości Białej Europy ideologii, stają dzisiaj nacjonaliści i patrioci ze Starego Kontynentu, prowadząc od lat systematyczną kampanię informacyjną na ten temat, organizując pikiety, marsze i manifestacje, pisząc oraz wysyłając petycje do polityków, włodarzy miast, i urzędników ws. kryzysu imigracyjnego oraz planów sprowadzenia imigrantów do poszczególnych miast. Kolportują przy tym ulotki, wieszają transparenty oraz podejmują inne działania i tym samym pokazują, że po sukcesie nie można spocząć na laurach, tylko trzeba cały czas być w stanie pogotowia. Równolegle ze skutkami masowej imigracji trzeba znać i walczyć z przyczynami problemu – jedną z nich jest kapitalizm, co znakomicie w 2011 roku opisał francuski filozof i jeden z ideologów powojennej Nowej Prawicy, Alain de Benoist w słynnym tekście zatytułowanym Imigracja – armia rezerwowa kapitałuKtokolwiek krytykuje kapitalizm, jednocześnie aprobując imigrację, której pierwszą ofiarą jest jego własna klasa robotnicza, powinien się lepiej zamknąć. Ktokolwiek krytykuje imigrację, jednocześnie milcząc na temat kapitalizmu, powinien zrobić to samo.

Bardzo poważnie, wskutek zaistniałej sytuacji, która trwa już kilka lat, został zachwiany stan równowagi społecznej, religijnej i demograficznej między rdzenną, europejską, białą ludnością a obcymi kulturowo, napływowymi imigrantami. Równolegle dochodzą do osłabienia Europy stopniowy upadek tradycyjnych wartości, pochłanianie dusz białych Europejczyków przez konsumpcjonizm, hedonizm i kult pieniądza, defensywna postawa wielkich tego świata wobec występujących problemów, narastający wyzysk rodaków w miejscach pracy przez kapitalizm oraz ingerencja supermocarstw w sprawy wewnętrzne. Kryzys imigracyjny i związany z tym konflikt rasowo-etniczny między Europejczykami a imigrantami w dalszej konsekwencji prowadzi do stopniowego, kulturowego i cywilizacyjnego ludobójstwa na rdzennej ludności o białym kolorze skóry. Konflikty etniczne takiego formatu mają miejsce tak w zachodniej części Europy, jak i w Federacji Rosyjskiej, w której 1/5 ludności stanowią muzułmańscy imigranci z Kaukazu i Azji Centralnej (także dość często kryminogenni), ok. 35% poborowych w armii rosyjskiej wyznaje islam, bardzo często również dochodzi do napięć, konfliktów i zabójstw na białych Rosjanach, dokonywanych przez imigrantów, a które spotykały się najczęściej z równie brutalną kontrakcją rosyjskich nacjonalistów i kibiców.

***

Jedyną postulatywną alternatywą wobec multikulturalizmu dla nowoczesnego nacjonalizmu jest separatyzm rasowy. Idea ta zakłada zerwanie z koncepcją społeczeństwa wielorasowego i osiedlenie się ras w krajach ich pochodzenia. Dzięki osiedleniu się ras w krajach ich pochodzenia oraz odrzuceniu multikulti mogą zostać zniwelowane konflikty na tle etnicznym, a różniące się od siebie grupy ras pracując tak dla dobra własnego, jak i współpracując z innymi rasami dla dobra całej ludzkości, zachowują jednocześnie swoją odrębność cywilizacyjną, kulturową, etniczną i rasową oraz unikają tym samym zbędnych antagonizmów. Następnymi krokami, prowadzącymi do pokojowego współistnienia, powinny być rozdział cywilizacyjny oraz utworzenie państw narodowych. Według Dominika Mikuły dzięki proklamacji ustrojów opartych na wspólnocie narodowej zachowana zostaje również różnorodność i wielość kultur, niemożliwa do osiągnięcia w przypadku mieszania się różnorodnych grup. Społeczeństwo multikulturowe bowiem zawsze prowadzi do zaniku narodowych kultur – czy to wskutek powstania całkiem nowego tworu, będącego syntezą ścierających się ze sobą cywilizacji (w jego ramach żadna z istniejących dotychczas kultur nie przetrwa, a stworzona quasi-cywilizacyjna hybryda jest tylko ohydną karykaturą własnych składowych), czy też zdominowania innych obyczajowości przez jedną z nich i zniszczenie wszystkich pozostałych. Separatyzm rasowy ma być skutecznym przeciwdziałaniem wobec rozpadu Cywilizacji Łacińskiej i przywróceniem należytej rangi białej rasie. Jak wskazuje Klaudia Grzesica-Wolczyńska: Trzecia Pozycja uwzględnia prymat rasy białej, jako tej, która w przeszłości była nośnikiem zdobyczy cywilizacyjnych oraz propagatorem postępu, a także zaznacza, że należy dla zapewnienia porządku i harmonii w życiu społecznym Europy – ponownie odbudować silną strukturalną tkankę rasy białej. Dla równowagi światowego porządku należy doprowadzić do stanu demograficznego, w którym ludność obca białej rasie powróciłaby w miejsca pierwotnego pochodzenia. Idea separatyzmu rasowego nie równa się prymitywnemu rasizmowi, ale zakłada przywrócenie odpowiedniej równowagi pomiędzy poszczególnymi rasami oraz terytorializm przynależny każdej rasie, powszechną wymianę handlową, gospodarczą i kulturalną między odmiennymi rasowo regionami, a także uwzględnia jedynie tradycyjnie przynależne białej ludności rdzenne terytorium, którego nigdy nie naruszyła obca ludność.

Separatyzm rasowy jest historycznie uzasadnioną odpowiedzią na multikulturalizm. Mający miejsce konflikt związany z kryzysem imigracyjnym w Europie cechuje mieszanie się ludności o sprzecznych kodach kulturowych. To powoduje, iż praktycznie niemożliwym jest liczenie na to, że kolorowa ludność zasymiluje się i zintegruje ze światem białego człowieka, który jest odmienny historycznie, kulturowo, rasowo i cywilizacyjnie. Wkraczanie obcej rasowo i kulturowo ludności do Europy, ludności wyznającej swój kanon Wartości, zupełnie inne od białych Europejczyków pochodzenie, mentalność, kolor skóry, spuściznę oraz kod kulturowy. Nierealnym jest więc prawdziwe i pełne utożsamienie się przedstawiciela innej rasy – czarnej, żółtej czy jakiejkolwiek innej, nawet urodzonego w którymkolwiek z krajów europejskich, wzorowo znającego język, historię, tradycję i kulturę danego kraju. Trzeba pamiętać, że jednym z czynników tworzących tożsamość narodową jest rasa. Bardzo często spotyka się twierdzenie, że narodowi radykałowie są określani stereotypowo jako rasiści, co jest wierutną bzdurą.

Separatyzm rasowy jest jedyną alternatywą dla wielorasowego społeczeństwa. Mieszanie ras, jakie ma miejsce m.in. wskutek kryzysu imigracyjnego, jest czynnikiem mającym doprowadzić do kulturowego i rasowego zniszczenia Europy. Niniejsze rozważania warto skonkludować prostymi słowami ideologa czarnego nacjonalizmu, Jamajczyka Marcusa Garveya: Azja dla Azjatów, Afryka dla Afrykanów, Europa dla Europejczyków.

Leon Skrodzki: O niezwykłym uczuciu rozmowa w pociągu

Rozpędzony pociąg z piskiem zatrzymał się na stacji przerywając na chwilę wakacyjną monotonię małego miasteczka. Z wagonów wysunęło się kilka postaci. Na ich twarzach uważny obserwator może odczytać zrezygnowanie. Jakby żałowali, że ich podróż już dobiegła końca. Wśród wsiadających mężczyzna w średnim wieku szuka dogodnego przedziału. Zagląda kolejno do każdego z nich i po chwili poszukiwania wsiada do prawie pustego. Oprócz niego w środku jedynie młody chłopak czytający lekturę. Kurtuazyjne przywitanie. Wzrok starszego pada na okładkę książki.

– Idealizm? To w naszym świecie coś takiego jeszcze istnieje?
– Wie Pan, w każdych czasach znajdzie się kilku niepoprawnych wariatów dążących do wielkich celów, którzy cenią bardziej honor i czyste sumienie nad pełną kiesę. W rzeczywistości, w której żyjemy, gdzie materia góruje nad duchem, także istnieje krąg ludzi, którzy mają wiarę w ideały.
– Ja do nich nie należę. Nie wiem, czy kiedyś należałem.
– Żal mi Pana, że nigdy Pan tego nie doświadczył. Ale spróbuję to Panu wytłumaczyć. Kochał Pan kiedyś?
– Słucham? – chwila wahania – Tak. Chyba tak.
– Można powiedzieć, że ta lektura to podróż sentymentalna. Widzi Pan, ta książka była dla mnie jak pierwszy pocałunek z wyjątkową kobietą – ożywczy powiew w smutnym życiu, które nie było pełne. Od tego momentu po prostu się wie, że to Ona. To z Nią chce się spędzić resztę życia. Pierwsze dni po tym zdarzeniu człowiek jest w stanie euforii. Chce jej więcej i więcej. Czuje ogromne szczęście, że Ją znalazł. Wie, że żadna przed Nią nie była nic warta, a innej już nie będzie.
– Proszę Pana, zwykle w związek potem wchodzi rutyna, problemy, sypie się i wszystko szlag jasny trafia. Na początku zawsze jest kolorowo.
– A widzi Pan, bo trzeba ciągle pracować nad tą relacją. Przede wszystkim dobrze się poznać, odkrywać swoją słodką wybrankę na nowo. Wtedy przychodzi pewność, że to dobra droga. Czasem są chwile trudne, wydaje się, że jest przeciw Wam cały świat. Wbrew pozorom to motywuje, by składać ciągle nowe dowody miłości, by dać się porwać uczuciu.
– Mówisz Pan jak poeta.
– To Ona uczyniła mnie takim. Pielęgnuje we mnie romantyczną naturę, wciąż przypomina mity i legendy. Słodkim głosem opowiada o ludziach czystych rąk, jasnych myśli i szczerych serc. Żąda, bym był taki jak oni. Bym był taki dla Niej. Rozumie Pan, jest szalenie wymagająca kochanką i wciąż muszę się przez to doskonalić. Miała wielu przede mną – chcę im dorównać, by być Jej godnym. Nie jest to łatwe, uwodziła dżentelmenów z całej Europy, którzy miłość do Niej pieczętowali własną krwią.
– A czy dała im coś w zamian? Nie lepiej było ją rzucić?
– By życie znów było puste? Nigdy. To spalanie siebie na Jej ołtarzu paradoksalnie prowadzi do szczęścia. Żyć i umierać w Jej słodkich objęciach to nieść iskierkę dobra w światową zawieruchę. Jestem pewien, że tej namiętności błogosławi sam Bóg.
– Nie wyjawił Pan jeszcze jej imienia.
– To Idea. Idea narodowego radykalizmu.
– O proszę. Nie wiedziałem, że Pan z tych. Kto by pomyślał.
– Może zechce Pan poczytać? Trudno opisywać to słowami komuś, kto tego nie doświadczył. To jak opowiadanie ślepcowi o zachodzie słońca.
– Nie, nie. Na mnie już czas, to moja stacja. Wysiada Pan?
– Nie, jadę dalej. Do widzenia.

Źródło: https://kierunki.info.pl/

Agata Reczek: Między wolnością a sprawiedliwością – katolicki (anty)kapitalizm

„Granicą dla wolności osobistej będzie dobro powszechne i dobro osoby drugiej”
Kardynał Stefan Wyszyński

Z tego, iż dzisiejszy podział na prawicę i lewicę jest co najmniej nieaktualny, zdaje sobie sprawę coraz więcej osób. Do szufladki z napisem prawica upycha się wszystko co patriotyczne, katolickie, wolnorynkowe, tworząc przy tym takie twory jak np. liberalny-konserwatyzm, które w odniesieniu do historii obu składowych terminów tego nurtu tworzą swego rodzaju oksymoron.

Jeśli chodzi o samą historię podziału sceny politycznej na prawą i lewą stronę, należy cofnąć się do okresu Rewolucji Francuskiej. W Zgromadzeniu Narodowym XVIII-wiecznej Francji po prawej stronie zasiadali zwolennicy starego ładu – przede wszystkim szlachta, duchowieństwo. Lewa strona natomiast należała do polityków będących za przemianami społecznymi w postaci obalenia monarchii i laicyzacji społeczeństwa francuskiego. Rewolucja Francuska była początkiem dla późniejszego podziału na rewolucjonistów, którzy zachłysnęli się ideą socjalizmu oraz kontrrewolucjonistów stojących w opozycji postulowanych przez nich zmian. Podział na lewicę i prawicę utrwalił się podczas hiszpańskiej wojny domowej, gdzie rozgrywały się walki pomiędzy lewicą – anarchistami, komunistami, anarchosyndykalistami, republikanami a prawicą – karlistami, narodowymi syndykalistami oraz mniej radykalnymi ugrupowaniami katolickimi. Spory między lewicą a prawicą dotyczyły nie tylko przemian politycznych, ale przede wszystkim obyczajowych – grupy te dzieliło przede wszystkim podejście do Kościoła katolickiego oraz narodowej tradycji.

Dziś niezmiennie podział na pawicę i lewicę jest determinowany podejściem do Kościoła, obyczajowości oraz kwestii gospodarczych. Prawica to obrońcy kapitalizmu, wolnorynkowy, konserwatyści. Lewica to socjaliści, krzewiciele sprawiedliwości i równości, postępowcy. W swoim rozważaniu chcę skupić się jednak przede wszystkim na prawicy, która to wzięła sobie w obronę dwie niepodważalne dla wielu jej wyznawców „świętości” – kapitalizm i katolicyzm. W kwestiach gospodarczych prawica broni przede wszystkim własności prywatnej – bardzo słusznie, każdy człowiek powinien posiadać własne lokum i mieć możliwość prowadzenia własnej działalności gospodarczej, która będzie zaspokajała potrzeby rodziny. Jednak czy własność prywatna jest w swej istocie podstawą systemu kapitalistycznego? Od razu nasuwają się słowa Jose Antonio Primo de Rivery „Kiedy mówimy o kapitalizmie… nie mówi¬my o własności. Własność prywatna jest przeciwień¬stwem kapitalizmu”. Są to bardzo odważne słowa, ale zawierają w sobie wiele prawdy. Pokazał nam to XIX wiek, widzimy to i teraz. Zarówno przeciętny człowiek XIX wieku jak i człowiek współczesny w zasadzie nie posiada nic na własność. Obecnie większość ludzi nie posiada ani własnej działalności gospodarczej, ani godnego wynagrodzenia od pracodawcy, ani też nie posiada własnego mieszkania, domu czy też działki, gdzie własne lokum w postaci kawałka ziemi czy też mieszkania powinno być oczywistą sprawą w gospodarce opartej o własność prywatną. System kapitalistyczny sprawia, iż własność prywatna zostaje skupiona w niewielu rękach. Kapitalizm w swej istocie wyrósł na materialistycznej filozofii liberalnej, którą przyniosło Europie oświecenie. Posiada on więc te same korzenie co i socjalizm i narodził się z idei laickiego społeczeństwa, w którym nie ma miejsca na moralność katolicką. Między innymi z tego też powodu nie może on iść w parze z katolicyzmem. Bardzo mylnie zestawia się ze sobą katolicyzm i liberalizm gospodarczy, gdyż Kościół Katolicki posiada własne wskazówki społeczno-gospodarcze, których fundamentem jest sprawiedliwość i miłosierdzie, nie zaś procesy kształtowane przez popyt i podaż. Sam Kardynał Stefan Wyszyński potępiał i wykazywał absurdy kapitalizmu i komentował go słowami: „Powstała nowa religia – pieniądza i bogactwa. Jej dogmaty – to nieograniczona wolność gospodarcza, wolna konkurencja, rozdział kapitału i pracy, najemnictwo, prawo podaży i popytu, mechanizm cen. Jej moralność – to brak wszelkiej moralności, przewaga kapitału nad człowiekiem i pracą, dobro produkcji, zysk jako dobry uczynek.” Katolickie społeczeństwo oraz zaistniałe w nim procesy gospodarcze kształtowane powinny być przez etykę chrześcijańską opartą na objawionym Słowie Bożym i tradycji Kościoła Katolickiego.

Sprawiedliwość, jeden z głównych przymiotów katolickiej gospodarki, z łaciny iustita pochodzi od słowa WYRÓWNYWAĆ. Oczywiście nie oznacza to, że katolicka nauka społeczna uznaje ideę bezgranicznej równości. Obce są jej również tezy zbiorowej własności rodem z komunizmu. Sprawiedliwość jest sprawnością w oddawaniu każdemu tego co mu się należy. Jest kluczową cnotą w życiu społecznym, gdyż to właśnie od niej zależne jest dobro wspólne. Sprawiedliwość reguluje stosunki między ludźmi, stąd też pochodzi ten termin – wyrównywać. Przedmiotem tej cnoty zawsze jest druga osoba czy też grupa osób. Św. Tomasz dzielił sprawiedliwość na sprawiedliwość społeczną oraz sprawiedliwość w stosunku do jednostki.
Stosunki gospodarcze powinny być przedmiotem obu tych rodzajów sprawiedliwości, gdyż dotyczą one zarówno ludzi zgrupowanych w społeczeństwach, jaki i każdego człowieka z osobna. Stąd też osoby zatrudnione i wykonujące pracę powinny otrzymywać godne wynagrodzenie. Przez godne wynagrodzenie rozumiemy taką płacę, która pozwala na utrzymanie rodziny oraz oszczędzanie w celu nabycia własnego mienia. Z umiłowania cnoty sprawiedliwości bierze się również katolicka zasady, aby wynagrodzenie otrzymywali ci, którzy pracę rzeczywiście wykonują. Według nauczania Św. Tomasza z Akwinu nie godziwym zyskiem jest ten zysk, na który pracują inni i nie otrzymują za to odpowiedniej zapłaty. Tak więc z katolickiej perspektywy zysk musi łączyć się z wykonywaniem pracy czy to fizycznej czy umysłowej. Zysk nie może wypływać z samego posiadania przedsiębiorstwa, papierów wartościowych czy też z giełdowych spekulacji.

Kolejną kwestią kapitalizmu z jaką nie godzi się katolicka nauka społeczna jest ujęcie człowieka w życiu gospodarczym jako jednego ze środków produkcji. Tak zwany „kapitał ludzki” jest niczym innym jak umieszczaniem człowieka na równi z zasobami jakimi dysponuje podmiot gospodarczy czyli maszynami, kopalniami czy ziemią. Ekonomia liberalna zapomina o tym, iż wszelkie stworzenie – ziemia, zwierzęta czy też surowce mineralne zostały stworzone by służyć człowiekowi. Pan Bóg podczas dzieła stworzenia powiedział do ludzi, aby czynili sobie ziemię poddaną. Ziemia ma być poddana całemu rodzajowi ludzkiemu, nie pojedynczym jednostkom. Również praca jest po to aby człowiekowi służyć w osiąganiu celów nadrzędnych oraz utrzymaniu życia. Św. Tomasz z Akwinu wyróżniał podstawowe cele pracy do których zaliczył utrzymanie na godnym poziomie bytu rodziny, służbę społeczeństwu oraz uszlachetnienie charakteru poprzez przeciwstawienie się lenistwu. Praca nie jest więc celem samym w sobie. Wypaczone pojęcia produkcji i pracy powodują, iż w kapitalistycznej gospodarce człowiek staje się niewolnikiem zysku (zazwyczaj cudzego) i ofiarą kultu postępu, który nakazuje to coraz bardziej „innowacyjne” rozwiązania w celu wypromowania produktu posiadającego często jedynie wartość marketingową. W ten sposób stwarza się sztuczny popyt na bezużyteczne rzeczy. Obok człowieka będącego niewolnikiem produkcji, liberalizm serwuje nam kolejną wizję osoby ludzkiej zwaną „Homo œconomicus” czyli „człowiekiem racjonalnym”, którego naturalnym działaniem jest rzekomo dążenie do maksymalizacji zysku. Rzecz jasna w cenę każdej wykonanej pracy musi zostać wliczona nadwyżka, pozwalająca osobie pracującej się utrzymać, jednak zysk nigdy nie może być celem samym w sobie i nie zgodne z etyką katolicką jest dążenie do jego maksymalizacji za wszelką cenę. Celem katolickiej gospodarki jest nie tylko dobro jednostki, ale w równej mierze także dobro wspólne. Dobro wspólne jest wyższe od interesów jednostki i wraz z dobrem drugiej osoby jest granicą wolności osobistej.
Kolejną wadą nieposkromionego niczym rynku jest to, iż usuwanie barier gospodarczych niesie w skutkach globalizację, która z punktu katolickiego nie jest pozytywnym zagadnieniem, gdyż niszczy kulturę oraz tożsamość zarówno narodową jaki i religijną oraz daje przyzwolenie na ogromne nierówności społeczne. Proces tak zwanej globalizacji niszczy nie tylko kulturę chrześcijańską ale i wszelkie inne kultury wraz z całym ich dziedzictwem.

Ekonomia klasyczna uznaje za negatywne zjawisko istnienie stowarzyszeń pracowniczych, gdyż widzi w nich zagrożenie dla pozostawionego swojej „niewidzialnej ręce” rynku. Stowarzyszenie pracowników mogą wywierać wpływ na kształt płacy czy też warunki pracy, a więc są przeszkodą dla działania prawa popytu i podaży. Katolickie vademecum dla życia społeczno-gospodarczego w postaci społecznych encyklik papieskich zalecają zrzeszanie się w grupy zawodowe, które będą składały się z pracowników i pracodawców, co zapobiegać ma wyzyskowi oraz niezdrowej konkurencji. Kościół zaleca współpracę w ramach solidaryzmu społecznego zamiast nierówności społecznych i wynikającej z nich nienawiści. Tego typu stowarzyszenia mają cele nie tylko gospodarcze jak obrona praw pracowników danego zawodu, ale również powinno się stawiać im cele integracyjno-kulturowe, by zapobiegać atomizacji społeczeństwa i degeneracji kultury, gdyż to właśnie kultura wznosić ma ludzkie dusze na wyżyny obcowania z pięknem.

We współczesnej ekonomii wyróżnia się pojęcie rynku doskonałego czyli takiego, w którym konkuruje ze sobą jak najwięcej przedsiębiorstw. Gospodarka oparta o drobne przedsiębiorstwa rodzinne jest odpowiednia dla katolickiego społeczeństwa. Należy jednak pamiętać, że nie możliwe jest by każdy prowadził własne przedsiębiorstwo. Część osób nawet w tak zwanym doskonałym rynku będzie zatrudniona przez inne podmioty gospodarcze, czy to prywatne czy państwowe. Dlatego katolik nie może być jedynie obrońcą własności prywatnej (choć warto pielęgnować pierwiastek przedsiębiorczy w społeczeństwie), problemy dotykające osób zatrudnianych są równie ważne z perspektywy katolickiej nauki społecznej, nie tylko dlatego, że osoby zatrudnione zawsze będą stanowić większość nad pracodawcami, ale przez sam fakt dążenia do gospodarki sprawiedliwej i miłosiernej.

Należy pamiętać, iż sprawiedliwość i miłosierdzie nie są tu przypadkowymi cechami, są to główne przymioty Boskie. Ze względu na miłość bliźniego katolicyzm nie może iść w parze z kapitalizmem, gdyż ten wywodzi się z materialistycznych pobudek. Katolik od prawa popytu i podaży wyżej stawiać musi Prawo Boże, które zawsze widzi najwięcej w tych pozornie najmniejszych.

Źródło: https://kierunki.info.pl/2017/08/agata-reczek-miedzy-wolnoscia-a-sprawiedliwoscia-katolicki-antykapitalizm/